alquana blog

Twój nowy blog

Chciałabym powiedzieć, że ja duzo zniosę. Jestem tolerancyjna, elastyczna, dostosowuję się. Spokojnie zniesę włażenie na odciski i inne niedogodności.
Ale mam, jak kadz, pewien limit. A:
- Uczynienie z całkiem miłego, może nie ekskluzywnego, ale nie ogólnodostępnego, prostego i zadowalającego serwisu jakim był blog.pl – kolejnego serwisu dla nastolatek i ich blogasków
- Wprowadzenie sztucznych debat, które przecież w o wiele naturalniejszej formie toczyły się na blogach od dawna, a teraz zostały spłycone do pseudoankiety dotyczącej najbardziej gorących tematów
- Zastąpienie prostego i funkcjonalnego panelu administracyjnego kompletnie zagmatwanym JS’owym CZYMŚ z czego od biedy da sie korzystać, ale przyjemności żadnej
- Wprowadzenie upierdliwej górnej belki z upierdliwymi reklamami i działajacym na dziwnej zasadzie guziczkiem „podobny blog”
- Mieszanie mi w notkach i kasowanie części skryptów, które chciałam wstawić ku dobremu samopoczuciu i rozrywce czytelników
- A przy tym wszystkim nie pytanie uzytkowników w najmniejszy sposób o zdanie, ja wiem, że marketing marketingiem, ale do cholery, zyjemy w demokracji, a ta kuriozalna ankieta miesiąc temu to trochę już po ptakach
To już trochę ponad moje siły. Zwijam kiecę i wychodzę. Od dziś szukajcie mnie pod adresem:


http://blog.alquana.com

Dziękuję za uwagę.

Chciałabym powiedzieć, że ja duzo zniosę. Jestem tolerancyjna, elastyczna, dostosowuję się. Spokojnie zniesę włażenie na odciski i inne niedogodności.
Ale mam, jak kadz, pewien limit. A:
- Uczynienie z całkiem miłego, może nie ekskluzywnego, ale nie ogólnodostępnego, prostego i zadowalającego serwisu jakim był blog.pl – kolejnego serwisu dla nastolatek i ich blogasków
- Wprowadzenie sztucznych debat, które przecież w o wiele naturalniejszej formie toczyły się na blogach od dawna, a teraz zostały spłycone do pseudoankiety dotyczącej najbardziej gorących tematów
- Zastąpienie prostego i funkcjonalnego panelu administracyjnego kompletnie zagmatwanym JS’owym CZYMŚ z czego od biedy da sie korzystać, ale przyjemności żadnej
- Wprowadzenie upierdliwej górnej belki z upierdliwymi reklamami i działajacym na dziwnej zasadzie guziczkiem „podobny blog”
- Mieszanie mi w notkach i kasowanie części skryptów, które chciałam wstawić ku dobremu samopoczuciu i rozrywce czytelników
- A przy tym wszystkim nie pytanie uzytkowników w najmniejszy sposób o zdanie, ja wiem, że marketing marketingiem, ale do cholery, zyjemy w demokracji, a ta kuriozalna ankieta miesiąc temu to trochę już po ptakach
To już trochę ponad moje siły. Zwijam kiecę i wychodzę. Od dziś szukajcie mnie pod adresem:


http://blog.alquana.com

Dziękuję za uwagę.

Kiedy jeszcze mieszkalam z obydwojgiem rodziców na „starym mieszkaniu” (do którego do tej pory wracam w snach, tych ciepłych, porannych snach w których sni się wszystko co znane i bezpieczne do czego chcielibyśmy wrócić) w duzym pokoju stała komoda. Na komodzie stał telewizor, a na półkach umieściła się stara, matowoczarna wieża marki Sony. Wieża nie miała głośników, więc – kiedy już miałam na tyle lat, by dopuszczono mnie samą do obsługi elektroniki – w nudne niedzielne poranki kiedy wszyscy spali zakładałam duże, czarne słuchawki i wybierałam się na odkrywanie Ojcowej płytoteki. Płytoteka była duża i róznorodna, pamiętam tam i Madonnę i Saxonów i Iron Maiden i Led Zeppelin i całą dyskografię Pink Floydów też. Nie wszystkio co tam znalazłam w tamtych, dziecinnych czasach przypadło mi do gustu, ale zapamiętałam szczegolnie jedną plytę z kolorową okładką, której echa brzmią we mnie do dziś.

Chciałam się z Wami podzielić jednym z nich.

klik

Ostatnio sporo myślę.

O tych małych podłuznych torebeczkach z brązowym cukrem, które można dostać w kawiarniach i których zawsze biorę sześć choć potrzebuje tylko trzy, a potem przechowuję, wychechłane i coraz bardziej miękkie na dnie torby i w kieszeni płaszcza (podobno wszyscy uzywamy ich niezgodnie z planem projektanta, który założył, że będziemy je przełamywać na środku, podczas gdy wszyscy oddzierają jeden koniec – odkąd o tym usłyszałam otwieram je tak, jak powinnam, mimo że projektant już nie zyje, może zrobi mu się miło gdziekolwiek jest). Takie torebeczki dobre są w szare, deszczowe jesienne dni, kiedy stoi się na przystanku i moknie, bo parasola oczywiście się zapomniało, książka się skończyła, baterie w osobistym odtwarzaczu rozładowane i jest zimno i wszystko nie tak. W sam raz do wygrzebania jej – torebeczki z cukrem – z kieszeni, ukradkowym otwarciu i wsypaniu sobie prosto do ust. I schrupaniu.
Mikro apteczka, pakiecik szczescia wypełniony endorfinami.

O nieumiejętności zakodowania w mózgu prostej zależności, która procesorowi komputerowemu zajełaby minimum zasobów, a mnie nie może pozostać w długotrwałej pamięci – IF pada deszcz OR na deszcz się zanosi THEN weź parasol! I idę i moknę, choć w sumie wcale mi to nie przeszkadza, bo przynajmniej obie ręce mam wolne i mogę nimi zbierać kasztany.
O tym, że nie umiem oglądac filmów czy seriali na komputerze samej, że mam wtedy straszne poczucie marnowanego czasu, po paru minutach wyłączam i zajmuję sie marnowaniem czasu w inny sposób – potrafię tylko z kimś, kto przykuwa mnie do ekranu, komu mogę komentować, konsultować tłumaczenie, zabierać butelkę z piwem, albo po prostu milczeć wspólnie.

O tym, że wolę być opakowaniem zastępczym, drewniana protezą, plastikowym kółkiem, niż paprotką ustawioną w kącie, żeby tylko nie był pusty. Bo opakowanie, choć zastępcze, trzyma wszystko w kupie, by nie rozsypało się na tej życiowej półce, nie okulało, nie staneło w miejscu. A zakurzoną paprotkę podlewa się raz na kwartał, szare listki dotrzega kątem oka i dopiero kiedy już całkiem zwiędła i uschła na gwałt zmienia się ziemię, nawóz, wodę.
A paprotka marzy juz tylko o tym, by spokojnie spocząć na jakimś śmietniku, odetchnąć i zapuścić nowe korzonki.

O tym właśnie myślę.

Po pogrzebie biegnę do domu, jakby goniło mnie całe stado diabłów, w gardle mam rosnącą gulę, a żołądek zwinięty w supeł, ręce drżą tak, że dobrą chwilę nie umiem otworzyć sobie drzwi. W drodze od drzwi do pokoju uginają mi się nogi, zakrywam usta i jeszcze długo potem dławię się płaczem i dygotem.

„jak mi tego nie przyniesiesz na jutro, to cię zabiję!”
„jeszcz godzina? jezu, umrę przy tym biurku”
„prawie zdechliśmy ze śmiechu, mówię wam!”
„i że cię nie opuszczę aż do śmierci”

I przecież w dzieciństwie umarła nam babcia czy tam dziadek, i jakiegoś ciotecznego wujka przestaliśy widywać, i widzieliśmy na filmach i słyszeliśmy w radiu, i obśmialiśmy Prattchetowską ŚMIERĆ KTÓRA MÓWI Z CAPS LOCKIEM, i kiedy wydaje nam się, że w zasadzie zupełnie oswoiliśmy, przywykliśmy i ot, dzieje się, boli, ale przywyknąć trzeba – to wtedy.
I dociera nagle, że niczego nie oswoiliśmy, że zostały nam jeszcze takie siły i zjawiska, których nie ogarniemy małym ludzkim rozumkiem, przerażające do obłędu i utraty zmysłów, którenie sa już tylko z telewizji czy z opowiadań, które mogą, będą dotyczyć i wszystkiego wokół nas i nas też i nie da się zatrzymać, uciec, schować się. Nie.

Może za osiemdziesiąt lat, kiedy już swoje przeżyję, zobaczę i odczuję, kiedy z wiekiem przyjdzie pokora – może wtedy naprawdę pozbędę się dławiącego strachu i oswoję ze śmiercią. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Myślę, że pominąłwszy wszelką ostrożność i dystans zalecany gdy idzie o takie deklaracje, bo przecież pal sześć PR na blogu, myślę, że mogę uznać, że wydoroślałam. Nie jestem z tego szczególnie dumna czy zadowolona, wedla słów mądrych ludzi dojrzewanie odbywa się stopniowo i jest rozlożone na kilka lat, najpierw piersi, potem bunt i trądzik i miesiączka, pierwsza miłość, płacz i pomału dochodzimy do etapu, kiedy się wszystko normuje. A ja się czuję, jakby nagle w okolicach piętnastki strzelił szybki, głośny i przemijający piorun, potem długo, długo nic i nagle jakby ktoś wszystkie bezpieczniki jednym ruchem przekręcił na inną pozycję – jeszcze nie zdecydowałam, czy to właściwie „on” czy „off”.
Pierwszy raz w życiu od czasów przedszkolnych odsłaniam twarz z przykrywających ją włosów, odkrywam dekolt i ramiona, kupuję bluzki które pasują mi do figury (bo nie będzie się już zwiewną rusałką, czas wyzbyć się złudzeń, doprawdy), luźne, zwiewne i z miękkich materiałów, noszę pończochy i delektuję się ładna bielizną, mam w kosmetyczce cienie do powiek w odcieniach śliwki i złota, piję wino wieczorami bez okazji, histeryzuję, płaczę i denerwuje mnie byle co, chowam się w małych szczęśliwych kątkach, neurozy spychając na bok, mieszkam z kimś, o kim ostroznie moge powiedzieć, że jakby razem i żeby jeszcze dłużej, oduczyłam się spania w samotności, mam głód robienia czegoś ciekawego, może znów rysunek, a może dla odmiany taniec brzucha? jem makaron z pesto i pozywne śniadania, smakuję zielone i białe herbaty bez cukru, płynnie przeszłam na łagodną dietę, nawet nie chce mi się słodyczy, widać kiedy nabywa się obrzydzenia do własnej powierzchowności typowego couch potato pewne rzeczy przychodzą same. Miotam sie między skrajnościami, poznaję nowe sytuacje bez wyjścia i stadia tego urokliwego stanu nazywanego zwykle „już_nie_mogę_zabierzcie_mnie_stąd_daleko” i nieskromnie dziwię się, jak to się stalo, że mam takie fajne zycie, takich dobrych przyjaciół, takiego kochanego mężczyznę, takiego uroczego kota, mieszkam w takim ładnym miejscu, robię tak satysfakcjonujące rzeczy
Pstryk.

Piszą ludzie artykuły na temat blip.pl. Wiadomo – jeśli coś jest popularne, w dobrym tonie jest pochwalić się, że ma się na ten temat coś do powiedzenia, jakąś światłą opinię którą w elokwentnych słowach się wyraża.
Czytam te artykuły z mniejszym lub większym zainteresowaniem i przychodzi mi na myśl zasłyszana gdzieś refleksja, że bywają ludzie, którzy nie znając się na czymś lub nie korzystając z tego czegoś wyrażają opinie z wdziękiem, dystansem i umiejętnością, opierając się na tym, czego dowiedzieli się ze źródeł. Piszący przytoczone artykuły nie posiadają takich umiejętności i zachowuja się trochę jak ktoś, kto nigdy nie był na meczu piłkarskim, ale postał chwilę pod stadionem, przyjrzał się wchodzącemu tłumowi rozentuzjazmowanych kibiców z szalikami śpiewającemu pieśni, po czym wrócił do domu i napisał artykuł, że piłka nozna to mało ambitna rozrywka dla klasy robotniczej, natomiast na mecze chodzą ludzie, którzy nie umieją w inny sposób dać upust swej agresji i prymitywnym instynktom. Przed pisaniem nie zadał sobie trudu by obejrzeć choć ze dwa mecze w telewizji ani porozmawiać z jakimś zagorzałym kibicem, bo przecież on juz może Wydać Opinię. I tak samo Wydają Opinię nie skorzystawszy z serwisu, nie przyjrzawszy mi się głębiej, nie sprawdziwszy, kto z niego korzysta – od jednego zamachu przyrównali sporą, zróżnicowaną i opiniotwórczą grupę ludzi do bandy nudnych, smutnych i samotnych lansiarzy. HMM.
Owszem, można posądzić moja skromną osobę o nieobiektywność. Lubię blipa. Podoba mi się w nim interakcja. Podoba mi się, że jak napiszę, że jem bułke, to ktoś zainteresowany zapyta z czym. Że jeśli będę mieć problem dotyczący mąki na bułkę, to podzieliwszy się nim na forum publicznym, na 90% dostanę fachową odpowiedź. Że mogę znaleźć tam ludzi, którzy tak jak ja piją mleko do ruskich pierogów. I inne tego typu. Nie zaprzeczam, że jest w tym troche lansu, bo fajnie wrzucając swoje zdjęcie usłyszeć kilka mniej lub bardziej pozytywnych opinii. Trochę wygody, bo notka na bloga angażuje bardziej niż 160 blipowych znaków – choć zgrabne skomponowanie 160 znaków tez nie jest łatwe. Podoba mi się, że można znaleźć kompanów do grania w rpg, oglądania Transformersów czy choćby na piwo. A że trolle, tanie i (nie)przemyślnie ukryte reklamowanie samych siebie, albo rekompensowanie sobie niedostatków długości tego i owego? A gdzie w Internecie tego nie ma?
Dziennikarze krzyczeli już o blogach, że to siedlisko chorego ekshibicjonizmu, białych kozaczków i banału. Ostatnie miesiące kazały jednak dziennikarzom spuścic nieco z tonu i zacząc liczyć się z nowym środowiskiem. Teraz blogi krzyczą na mikroblogi, że to siedlisko chorego lansiarstwa, komputerów z jabłkami i banału.

Wniosków nie będzie, bo mi zupka chińska stygnie. Zjem ją zatem, obowiązkowo z #bułka ;)

Gdy siedziałam ostatnio przy stole nad kubkiem herbaty, naszła mnie refleksja, że pewnych rzeczy moglibyśy się od kotów nauczyć.
Akurat obydwa mieszkające z nami futra przyszły do salonu i raczyły się odpoczynkiem na panelach. Koralina, która z dachowców pochodzi, dachowce rodziła i dachowcem pozostanie, a pierwsze miesiące zycia spędziła pomiędzy śmietnikiem a blokowiskiem, zwykły pasiasty kotek, który pożera wszystko od chleba po ogórki kiszone – ułożyła się dystyngowanie, łapki podwinęła pod siebie, elegancko zawinęła ogon i wyniośle spoglądała na przechodzących ludzi. Ivan, kocię czempionów, z licencjonowanej hodowli, za którego samo posiadanie trzeba było wydac niemałą sumę, a nie mniejsza na jego utrzymanie, długowłosy i pięknie umaszczony – rozwalił się niedbale brzuchem do góry, z rozrzuconymi czterema łapami, na samym środku przejścia jak dywanik, a przechodzących wita radosnym „niaaa!”

To tyle względem pochodzenia, róznic społecznych i odpowiedniego zachowania :)

(wiem wiem, notka wakacyjna. Zamierzam ją napisać ZANIM wyżłopię wszystkie przywiezione pamiątki)

Nie miała baba kłopotu, wymyśliła sobie wakacje.
Zaczęło się od tego, że Lis – jako pracujący w Firmie O Radosnej Nazwie – musiał odebrać 10 dni urlopu. Jeśłi urlop – to dlaczego nie teraz, w miesiącach letnich, które aż zachęcają by sie gdzies poza wielkie miasto ruszyć. Zaplanował wyjazd do rodziny na Warmię, w międzyczasie z jego znajomymi mieliśmy się wybrać na parę dni nad polskie morze. Przystałam na to w miarę optymistycznie, wprawdzie tłuym obcych ludzi na mnie – socjopatyczna mróweczkę – działa kiepsko, ale jeziora i morze fajna rzecz. No i powinnam móc wziąc te same 10 dni w tym samym terminie, jakem pracownik korporacyjny. Od miłej E. z działu HR dowiedziałams ię, że z urlopami nie ma problemu, póki mój szef się na nie godzi. Senior, mój szef, nie miał powodu by się nie zgodzić, więc z karta urlopową pognałam w zębach do zarządu.
I problem się znalazł. Bo mimo bardzo pozytywnego nastawienia do wyników mojej pracy nie mogą (oni znaczy Firma) pozwolić mi na więcej urlopu niż wynika z trzymiesięcznej umowy próbnej. Znaczy dni 5. Zgrzytnęłam zębami, no ale cóż robić – zasady zasadami, a 5 dni to nie tak najgorzej, biorąc pod uwage dwa weekendy to juz będzie 9. Luz.
Niestety, okazało się, że znajomym Lisa posypały sie plany i wyjazd nad morze stoi pod znakiem zapytania. Pogłówkowawszy trochę, uznaliśy, że zimny Bałtyk nie ucieknie, my zaś możemy wybrać się na cichutko przeze mnie wymarzony wyjazd na Węgry. W ogóle ostatnio jestem zawziętym węgrofilem – kraj wcale nie daleki, odpowiednio na południe wysunięty, ciepły acz nie tropikalny, ludzie mili, jedzenie pyszne, wina doskonałe, a przyroda ładna. Tylko język jakoś mało akceptowalny i do niczego niepodobny, ale zawsze można mieć nadzieję na porozumienie ponad podziałami. Wykalkulowałam, że na Budapeszt jeszcze będzie czas, a teraz jest upalne lato i ja chcę nad Balaton, który urokliwym jest, a przy tym płytki i ciepły – w sam raz do wakacyjnego wylegiwania_się. Bardzo możliwe że moja wspomnienia z ostatniego pobytu tam (a było to, bagatela, w czasach mojej podstawówki, pamiętam jak dziś) trochę koloryzuja na plus, ale co tam, będzie fajnie, namiot pod pachę i jedziem.
Zrobiliśy research noclegowy – pełen luz, miejsca mnóstwo nawet w sezonie, jak się pojedzie do mniej uczęszczanych miejscowości można brać – wybierać. Tanio jak barszcz. A kempingów to już w ogóle jak psów. Research dojazdowy – error. Autokar – 70pln, nieźle, ale sprawdźmy jeszcze pkp, są pociagi bezpośrednie z miejscem do spania. Dzień później zasięgnęłam informacji w kasie miedzynarodowej i trochę mię zimny pot oblał. ponad 3 stówy za bilet w jedną stronę z kuszetką? Nad Bałtyk jechałam za 10% tego, a odległość ta sama. No nic, może być autokar, chociaż pkp wygodniejsze jakieś i mniej wypadkogenne.
Error. przejazd na który dzień wcześniej były jeszcze miejsca już ich nie ma. Jest podobny – i dwa razy droższe bilety. Mać, mać, mać. Co to jest, żeby do miasta wcale nieodległego, zaprzyjaźnionego, w tej samej UE nie można się było dostać nie robiąc sobie dziury w portfelu?
Na prognozy pogody staram się nawet nie patrzeć, wmawiam sobie, ze skoro do tej pory w Polsce było upalnie i słonecznie, to nad Balatonem tym bardziej. I nie dam sobie powiedzieć nic innego, o.
Więc wiecie, kciuki wskazane, bo pomału dochodzę do stanu Adasia Miauczyńskiego pt. „Szlag mnie trafi, ale odpocznę!” :)

ps. Balaton długi i pomiernie szeroki, a miejscowości, miast i wioseczek przy nim bez liku. Problem wyboru rozwiązał się jednak nadspodziewanie szybko – Lis zobaczył na mapie miasto Balaton-Siófok, dostał ataku śmiechu i nigdzie indziej ejchac nie chciał :)

Boże, jestem straszna.
Jeden jedyny raz kiedy kontakt z Rodzicami Mojego Chłopaka był miły i absolutnie bezproblemowy, to gdy byłam z Dee. Jego mama była osobą anielską, a przy tym niezmiernie charyzmatyczną i przy spotkaniu natychmiast przejmowała na siebie calkowicie ciężar konwersacji (co z kolei srednio odpowiadało MOJEJ mamie, cóż, mnie wręcz przeciwnie), zadawała setki pytań, miała sto ciekawych historii i w ogole wywoływała w człowieku wrażenie że jest wyjątkowy i mogłby dokonać rzeczy wielkich, właściwie nawet pod jej auspicjami. Tata Dee był zgrabnym połączeniem uprzejmości, klasy i tego co nazywa się byciem „równym”. Ponad chrześcijanskimi zasadami swej żony uśmiechał się do nas chytrze, udzielał synom rad jak postępować z dziewczynami i mimo róznych usterek swego organizmu dokonywał cudów by wielki dom utrzymać w idealnym stanie.
Później nie było już tak różowo. Rodzice Afekta byli dla mnie przerażająco poważni, starsi i z zupełnie innej bajki, może gdybym spędziła w ich domu wiecej czasu udałoby mi się z nimi porozumieć, ale ich chlodne zewnętrze iskrzyło na odległość z moim asocjalnym nastawieniem i wolałam przemykać pod ścianami i uśmiechać sie niepewnie, w końcu bezpieczniej.
Mama Lisa, która przyjechała wczoraj, jest uroczą, energiczną, bezobciachową kobietą, ale ma w sobie coś takiego, że nie moge pozbyć się wrażenie, że cały czas wygaduję przy niej przepotworne bzdury które nikogo nie interesują, ejstem ponadto przekonana, że ma mnie za kompletną idiotkę i w ogóle co za tragedia jej synowi się przytrafiła.
Mam ochotę cały weekend spędzic w jakiejś ciemnej dziurze tudzież w charakterze mebla, dzisiejszy dzien uratowała mi koszmarna migrena, życzę jej sobie tez jutro, naprawdę.
Aaaaaaa.


  • RSS